Wystawa realizowana przez kuratorki Maję Chaczyńską, Monikę Czyżniewską, Magdalenę Kłosowską, Paulinę Płanetę, Zofię Sałasińską, Lizavetę Stecko oraz Zuzę Szczepańską, pod opieką dr. Witolda Kanickiego i mgr. Kamila Gustawa Mizgały zaprasza widza w przestrzeń pełną niepokoju i niedopowiedzeń.
Już od progu przyciągają nas tajemnicze głosy z nieznanego źródła. W pewien sposób wabią przechodniów, aby przyjrzeli się wystawie i odkryli, co skrywa pomieszczenie o białych ścianach. A skrywa zaskakująco wiele.
Wchodząc na wystawę, przenosimy się do organicznego, dziwnego świata, który funkcjonuje niczym żywy organizm. W centrum leży ekran telewizora, na którym wyświetlana jest animacja w klimacie lat dwutysięcznych, emitująca wspomniane wcześniej tajemnicze dźwięki. Film ten przedstawia między innymi wzajemne przenikanie się rzeczywistości i technologii. Zawiera zarówno angielskie napisy, jak i polskie audio.
Idąc dalej, widzimy animację wyświetlaną na ścianie. Projekcja ta może budzić pewien niepokój i poczucie dziwności. Podczas oglądania wystawy usłyszałam od innego zwiedzającego teorię, że może ona przedstawiać jakieś rytualne zachowania. Wrażenie to wywołują między innymi głośne, przeszywające dźwięki, przypominające odgłos uderzanych bębnów, które powtarzają się cyklicznie wraz z każdym zapętleniem wideo. Animacja ta, pomimo zagadkowości przedstawionej historii, zachęca do dalszej eksploracji.
Tuż obok znajdują się kolejne dwa ekrany ustawione do siebie tyłem. Pokazują zakapturzoną postać, która usytuowana jest na klęczniku. Przypomina ona ducha, ponieważ pod jej kapturem nie kryje się nic, jest tylko pustka. Na jej szacie widnieją łacińskie słowa, które zwróciły moją uwagę. Detal ten po przetłumaczeniu trafnie nawiązuje do samego tytułu dzieła, który brzmi „Ogrody samotności”. Ich przekaz po przełożeniu na język polski może wyrażać coś na wzór sentencji: „Ogrody są wieczne, lecz liście zawsze opadają”.


Oprócz prac audiowizualnych, na wystawie „Dark Lure” znaleźć można też rzeźby oraz instalacje. Przykładem jest konstrukcja z kabli i zużytego sprzętu elektronicznego (głównie telefonów), która w moim odczuciu ukazuje pewną desperację i pragnienie bycia „zawsze online”. Rzucone na nią światło tworzy na ścianie cień przypominający zjawę – jakby cyfrowa egzystencja materializowała się w formie duchowej.
Znajdują się tu również zwisające rzeźby, które przypominają kształtem ludzką klatkę piersiową. Na jednej z nich można zauważyć ułamaną część i roztopiony wosk, co sugeruje, że mogły służyć za świecznik o zaskakującej formie.
Ze ściany niedaleko wejścia wyrasta jeszcze inna rzeźba o bardziej organicznej, przestrzennej strukturze. Sprawia wrażenie, jakby próbowała przedostać się poza własną ramę. Swoim kształtem i chropowatością przypomina kokon, z którego za jakiś czas wykluje się nowe życie.
Na koniec napotykam ukryte, niepozorne i porozrzucane w jednym z kątów kamienie, które wydają się „skądś” wychodzić, lecz ostatecznie prowadzą w nieznane. Przypominają pozostawione dla kogoś ślady. Czy to trop, wróżba, czy może zaproszenie do przejścia na drugą stronę?
Jak można wyczytać z opisu kuratorskiego, cała wystawa opiera się na filozofii Fishera, który pyta: „Dlaczego jest tutaj coś, kiedy nie powinno być nic? Dlaczego nic tu nie ma, jeśli coś powinno tutaj być?”. „Dark Lure” zawiera w sobie zatem wiele niespodzianek i tajemnic. Próbuje eksplorować temat różnych wizji osobliwości. Dzięki temu pozostawia szerokie pole do różnorodnych interpretacji. Nie daje jednoznacznych odpowiedzi, lecz pozostawia widza w stanie zawieszenia – pomiędzy fascynacją a niepokojem.