Teraz już nie umiem

Rozmowa z Anną Marią Brandys o serii prac określanych przez nią mianem Drobnobytów – niewielkich form, które stworzyła w ramach cyklu „Archiwum form pamięciowych – Zachwyt”.


Marek S. Bochniarz: Dlaczego zdecydowałaś się realizować projekt, w którym tworzysz prace z udziałem swoich dzieci?

Anna Maria Brandys: Moje córki nie boją się tworzyć. Znajdują w tym dużą radość, przyjemność i je to po prostu ekscytuje. Oczywiście – dopadają je również i momenty frustracji, gdy stają się bardzo zdenerwowane, bo na przykład uśmiech nie został narysowany pod odpowiednim kątem, bądź wyraz twarzy postaci jest nieidealny. Choć osoba postronna nie dostrzeże różnicy między takimi uśmiechami, to one to wiedzą i czują.

Marysia i Zosia są bardzo szczęśliwe, gdy mogą wziąć do ręki pisaki lub kredki i sobie porysować. Nie mają pod tym względem żadnych oporów. Ja takie niestety miewam, a bardzo bym chciała móc tworzyć tak jak one.

Ile lat mają teraz Twoje dzieci?

Marysia osiem, a Zosia prawie sześć.

„Przejęłaś” też i inne dzieciństwo – stary zeszyt podpisany jako własność Pierchawki Krzysztofa z klasy IV a.

To stary zeszyt, który był punktem wyjścia dla tego cyklu. Zastanawiałam się, co sprawiło, że Krzysztof Pierchawka po narysowaniu kilku stron postanowił na zawsze porzucić brulion do rysunku. A może zgubił ten zeszyt? Nie wiadomo, jaka wiąże się z tym historia. Zeszyt znalazłam w śmietniku.

W cyklu „Archiwum form pamięciowych – zachwyt” stawiam pytanie o to, co się z nami dzieje w procesie socjalizacji, że „wyrastamy” z twórczości. Wiele osób, często starszych dzieci, a przede wszystkim ludzi już dorosłych mówi „Jak byłem mały, to lubiłem rysować, a teraz już się boję”. Albo nie używają słowa „boję się”, tylko stwierdzają: „Teraz już nie umiem” czy „Teraz już tego nie robię”.

Potrzeba wyrażania się poprzez sztukę jest w dzieciach zupełnie naturalna. Gdy maluszek weźmie sobie kredkę i postawi kreskę, to się cieszy z tego, że zostawił ślad. To zostawianie śladu jest początkowo bardzo ważne. Potem niestety, z wielu powodów, przestajemy cieszyć się procesem twórczym. A przecież jest on tak wspaniały i tak bardzo satysfakcjonujący! Ja też chciałabym go tak czuć na 100% jak wtedy, gdy byłam dzieckiem. W momentach, gdy mogę się „schować” za moimi córkami, mogę to znów poczuć.

fot. Ewelina Piguła

Część obiektów w ramach cyklu „Archiwum form pamięciowych” – zachwyt przygotowałaś w postaci mikro-kompozycji, skomponowanych w szalkach Petriego.

Gdy byłam pracownicą naukową w Instytucie Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich, to miałam kontakt z różnymi odczynnikami chemicznymi i tego typu sprzętem. Stąd z pomocą szalek Petriego chciałam przywołać tamte laboratoryjne skojarzenia.

Nie wiem, na ile masz do czynienia z osobami niedorosłymi, ale dzieci lubią wszelkiej maści skarby. Nawiązuję w tych pracach do zjawiska kultowego dla pokolenia naszych rodziców – mianowicie zabawy w „sekreciki”. W trudnych, powojennych warunkach Polakom było ciężko i musieli mierzyć się z drastycznym deficytem dóbr. Dzieci zbierały skarby, chowały je pod szkiełkiem i zasypywały w ziemi. Potem zabierały ze sobą wybraną osobę i pokazywały jej ten „sekrecik”. Odwołuje się do tego zresztą Patrycja  Dołowy w jednej ze swoich książek. Ta zabawa funkcjonowała w Polsce również i w późniejszych dekadach.

Odwołuję się do tego, umieszczając skarby córek za szklanymi płytkami. To dla mnie również laboratorium pamięciowe. Dla dziewczyn, które są współtwórczyniami tego wszystkiego, co robię w ramach cyklu, te rzeczy są cenne. Oddają ich fascynację materią i wyobraźnię, wedle której kawałek piłki tenisowej, znalezionej w parku pod przedszkolem, staje się jajem dinozaura. A żeton do wózka w sklepie jest wielkim skarbem, bo dzięki niemu mama może wziąć wózek nie płacąc monety dwuzłotowej. Bardzo cennym skarbem była też sprężynką, opakowanie po cukierkach z Japonii, czy drażetka tic-taca z dorysowaną twarzą. Czasem moje córki są zajęte zbieraniem opiłków od kredek, z którymi chcą potem coś robić – więc też traktują je wtedy jako skarb.

Podoba mi się, jak całkowicie w ten świat skarbów wchodzą i jak bardzo się angażują. Ich pamięć funkcjonuje jednak w ten sposób, że te rzeczy są dla nich skarbami tylko na moment. Dla mnie – jako że pamiętam (pewnie do czasu) wszystkie związane z nimi historie – są one skarbami na dłużej. Dlatego chciałam to w ten sposób upamiętnić, zachować w pamięci.

fot. Ewelina Piguła

Obok form płaskich wprowadziłaś też i przestrzenne, zakomponowane w obrębie głębszych drewnianych skrzyneczek ze szklanymi szybkami, które mają charakter witrynek.

Czułam, że brakuje mi głębi. Utożsamiam moją twórczość z tkaniną, która łączy w sobie malarstwo i rzeźbę.

Oczywiście – te gablotki nie reprezentują tkaniny, mimo jej szerokich ram znaczeniowych, ale zapewniają mi one to, czego nie dawały mi formy płaskie, czyli trzeci wymiar. Nawet i w przypadku tych niewielkich form okazało się, że jest mi on potrzebny. W zamyśle ekspozycyjnym – zdecydowałam, że gablotki będą w przestrzeni.

[Wskazując na jedną z gablotek – ze sznurkiem:] Codzienność daje z jednej strony poczucie bezpieczeństwa, a z drugiej strony jest wiążącym cię sznurem. Stąd można powiedzieć, że z jej powodu ma się „związane ręce”.

Nazwałabyś te prace wciąż kolażami?

Tak, ale może nawet kolażykami.

Dlaczego?

Żeby je trochę umniejszyć – tak, jak „dziewczynki”. Gdy coś zdrabniamy, to robi się mniej poważne i zostaje ujęty z tego element patosu. Takie określenie daje też pewną lekkość.

Obok kolażyków zakomponowanych w szalkach Petriego i skrzyneczkach, sięgnęłaś też po koperty, czyniąc z nich „domki” dla zbioru rzeczy. Dlaczego je wybrałaś?

Piszę bardzo dużo tradycyjnych listów, stąd są one dla mnie nośnikiem relacji. Gdy przychodzi przesyłka w kopercie, to moje córki się cieszą, bo ktoś na przykład umieszcza w niej naklejki dla nich, czy przesyła im pocztówki. Stąd znaczenie koperty jest pozytywne.

Czy już w przeszłości, poza projektem „Żyj (sz)Matko!”, wykorzystywałaś w swojej twórczości prace córek? Jak reagowały na takie działania?

W 2022 roku zrobiłam cegły z papieru, które bazowały na ich rysunkach. O ile młodsza z nich nie miała problemu z tym, że ich prace zblendowałam i zrobiłam z nich cegły, to ta starsza czuła się urażona, że jej dzieła zostały przetworzone. Marysia była zdenerwowana, że te rysunki zostały w ten sposób „sprofanowane” choć sama nie troszczyła się co się z nimi działo, ale gdy wyraziła niezadowolenie – przestałam.

Gdy w 2023 roku przyszłam na uczelnię, aby podlać kwiaty, to Marysia zobaczyła sztalugi i powiedziała „To ty sobie podlewaj, a ja zrobię taką pracę, że zrobisz wow”. Wyjęła papier, zaczęła coś rysować i mocno się tym zaabsorbowała. W pewnym momencie powiedziała „Mama, to kiedy wystawa?”. Uznała, że jej dzieło na tyle jest już dobre, że zapytała czy mogę zorganizować jej wystawę w uczelnianej galerii Rotunda. Oczywiście – było to pół-żartem, pół-serio, ale pomyślałam, że właściwie czemu nie? Bo jak coś robi, to angażuje się w to cała. Ta jej rzecz/dziełko, która nie zasługuje na to, abym ją pocięła, zblendowała i zrobiła z tego papier mâché.

Oczywiście – jest przywiązana do swojego rysunku przez chwilę, a potem o tym zapomina, bo tak najpewniej właśnie funkcjonują dziecięce mózgi – ich pamięć nie jest jeszcze gotowa, aby wszystko magazynować.

Na jakich zasadach w cyklu „Archiwum form pamięciowych – Zachwyt” współpracujesz ze swoimi córkami?

Wypracowałyśmy formę, w której i one są, i ja jestem. Z jednej strony się za nimi chowam, a z drugiej kreuję różne rzeczy. Zestawiam ze sobą, wycinam, dobieram, dobudowując do tego narrację.

Kiedy po raz pierwszy pomyślałaś, że chciałabyś coś takiego zrobić? Czy od początku było to świadome działanie?

Chyba właśnie takie było. Gdy siedem lat temu Marysia się urodziła i była jeszcze malutka – zrozumiałam, jeszcze będąc w ciąży, że nie mam już siły, aby chodzić do swojej pracowni, która znajdowała się na najwyższym piętrze kamienicy. Czując, że nie mogę robić pewnych fizyczny rzeczy, byłam bardzo nieszczęśliwa, że nie mogę tworzyć. Z pierwszej pracy, którą zrobiłam po przerwie, nadal jestem zadowolona i mam ją w domu. Był to wyraz szczęścia i ekspresji, że mogłam wrócić do tworzenia. Nawet jeżeli nigdy nie została ona pokazana ani nie stała się dla kogoś innego wartościowa, to dla mnie jest.

Pod wpływem rozmowy z Marysią o tym, że chciałaby mieć wystawę – pomyślałam, że córki są tak integralną częścią mojego życia, która też uniemożliwia mi proces twórczy, że włączając je w ten proces wszystkie na tym skorzystamy.

Uniemożliwia?

Trochę tak. Nawet teraz, gdy mam pracownię w domu nie zawsze jest prosto. Kiedyś wydawało mi się, że będzie łatwiej. Gdy nad czymś pracuję, to córki wracając z przedszkola czy szkoły i zastają mnie przy rozgrzebanych materiałach – a potem na przykład depczą po tym, gdy pędzą na balkon. Stąd zawsze muszę zadbać o to, aby posprzątać. Dlatego, gdy mam na przykład godzinę czasu wolnego, to wolę już nie zabierać się nawet za pracę twórczą – bo wiem, że więcej czasu będę sprzątać niż tworzyć.

Oczywiście – to nie jest tak, że córki zupełnie mi uniemożliwiają tworzenie, bo ten projekt powstał przez nie. Zaistniał jednak także przeze mnie i przez to, że świat jest tak skonstruowany, że dużo rzeczy trzeba robić: prać, jeść, chodzić do pracy… Mogłabym co prawda inaczej się zorganizować, mniej robić jednych rzeczy, a więcej drugich, ale w „Archiwum form pamięciowych”  znalazłam formułę pozwalającą mi odczuwać satysfakcję z procesu twórczego, który gdzieś marginalnie się zadziewa pomiędzy obowiązkami. To jednak ja jestem autorką tych kolaży i tych sytuacji wydarzających się w cyklu. Powstają na bazie rzeczy, które mogłyby zostać wyrzucone.

Jako przykład podam sytuację, gdy robiłyśmy pracę do przedszkola na konkurs na ozdobę choinkową z recyklingu. Marysia użyła folii bąbelkowej, którą pomalowała. A że na folii było nadmiar farby, to odcisnęłyśmy ją na papierze czerpanym, bo akurat taki materiał nadający się do odsączenia miałam pod ręką. Ten papier mógłby stać się potem odpadem, ale że plamy na nim podobały mi się z perspektywy malarskiej – to przechowywałam go i użyłam do jednego z kolaży, które tworzę w ramkach. Ten skrawek jest zapisem tego, że razem wtedy pracowałyśmy, efektem ubocznym. Oddaje myśl, że pewne rzeczy dziejące się przypadkiem mogą być ciekawsze od tego, co dzieje się specjalnie.

Czy jako artystka na początku bycia matką odczuwałaś więcej frustracji związanych z tworzeniem, a teraz jest inaczej?

Nie – myślę, że się to raczej utrzymuje na stałym poziomie [śmiech]. Zdarza się, że od braku jakiejkolwiek frustracji przechodzę do skrajności  w jej odczuwaniu. W moim życiu stale obecan jest związana z tym huśtawka nastrojów. Są momenty, gdy czuję się dobrze z tym, co robię – i takie, gdy bywa źle. Prawda jest też taka, że i przed macierzyństwem dopadało mnie mnóstwo wątpliwości. Również i na studiach proces twórczy nie był wyłącznie pozytywny – i nie uległo to zmianie po tym, jak urodziłam dzieci.

Czy „Archiwum form pamięciowych” to również wyraz Twojego zwątpienia w tworzenie, próba oddania poczucia bezsilności?

Na pewno jest to próba przełamania tej bezsilności. Ma to również wymiar auto-arteterapeutyczny, bo dzięki temu przypominam sobie, jak bardzo lubiłam to robić.

Jako dziecko?

Nie, jeszcze na studiach. I może krótko po też?!

A co w tym okresie było w tworzeniu wyjątkowego?

Wydawało mi się wtedy, że podobnie jak dzieci nie czuję granic, barier, ograniczeń. Gdy coś mi się nie udawało – to tyle razy do tego podchodziłam, aż osiągnęłam zamierzony rezultat. Uczyłam w tamtym czasie w wielu pracowniach, by spróbować różnych możliwości – chodziłam na zajęcia między innymi ze scenografii, kostiumu, rzeźby… Testowałam też media związane z komputerem i uznałam, że to nie dla mnie. Mogłam wtedy do woli próbować.

W „dorosłym czasie”, jest już mniej czasu na takie „próbowanie”. Nie oznacza jednak, że go zupełnie nie ma, a wszyscy są zgnuśniali, sfrustrowani i siedzą płacząc nad nadmiarem obowiązków – bo to częściowo nasza decyzja, ile obowiązków na siebie przyjmujemy.

Oczywiście – to wielopłaszczyznowy dylemat, i nie będę się teraz nad tym szerzej rozwodzić.

A jak jest teraz?

Dalej lubię tworzyć i sprawia mi to przyjemność, ale jednocześnie z jakiegoś powodu się boję. Czuję też presję, że powinnam to robić, bo pracuję przecież na uczelni artystycznej, pełnię określoną funkcję społeczną i jestem usytuowana w systemie, który właśnie tego ode mnie oczekuje. Wtedy jednak jeszcze bardziej się boję, a im więcej jest tego lęku, tym większa tworzy się blokada przed działaniem.

Myślę, że dzieci się nie boją, a przynajmniej nie w ten sposób – i jest to super. Być może wynika to z tego, że jeszcze nie nabrały doświadczenia i nie mogą przewidzieć pewnych skutków swoich działań. Przez to nie denerwują się w sytuacji, gdy na przykład wyleje się farba na podłogę. Dzięki temu dzieci pogrążają się w proces twórczy w zupełności.

Jest jednak z tym związany jeszcze jeden aspekt. One tak dużo pracują twórczo i mają tak wiele do czynienia z narzędziami plastycznymi, że „marnują” olbrzymie ilości materiałów plastycznych. Na przykład – postawią jedną kreskę na kartce i uznają, że się im nie udała, więc sięgają już po kolejną. Tłumaczenie o odwróceniu strony na nic się nie zdaje…

Dopadało mnie przez to poczucie, że moje córki tyle już zużywają, że ja nie mogę zużywać jeszcze więcej, bo nie będzie to dobre w kontekście planety. Papier powstaje z drewna. Rola drzew w ekosystemach jest ważna i  choć nie chcę popadać w skrajność, bo przecież całe życie jest emisyjne, i twórczość nie jest tu wyjątkiem, to próbuję być świadoma i ograniczać się w zużywaniu dóbr.

I gdy pracuję na materiale użytym przez dzieci, to redukuję marnotrawstwo. I tak materiały, które mogłyby trafić do śmieci – są przetwarzane dalej. Podlegają w pewnym stopniu recyklingowi.

Czy mimo wszystko wciąż próbujesz cofnąć się w swojej sztuce do stanu pozytywności, pozbawionego poczucia niepewności?

W swojej sztuce – również i tej uprawianej za czasów studiów – bardzo blisko byłam tematów związanych z dzieciństwem. Tworzenie to zarazem przerabianie własnego dojrzewania. To jak z tym memem, w którym czekamy, aż mama poda obiad – i nagle uświadamiamy sobie, że to my jesteśmy tą mamą. Gdy taka świadomość do nas dociera – możemy odczuć nieoczekiwane zdziwienie, że tak właśnie teraz jest, że coś uległo zmianie.

Co dość symptomatyczne dla tej kwestii – gdy się dziś spotkaliśmy przy wejściu do podwórka kamienicy, w której mieści się siedziba Fundacji Jak Malowana, a w oficynie – Galeria Jak, to właśnie żegnałam koleżankę, zmierzającą do lekarza. Rozmawiałam z nią o tym, że coś boli, że coś się dzieje. W dzieciństwie, gdy nam doskwiera stłuczone kolano – to jest poza tym aż tyle absorbujących nas rzeczy, że nie pochylamy się nad tym wypadkiem i bólem. Nie strzyka nas też jeszcze w krzyżu, bo nasze ciało nie jest zużyte – i można z niego do woli korzystać, sięgając do

jego wszystkie możliwości. Żyjąc nie myślimy wtedy, że zaraz może nas zaboleć i się z bólu przewrócimy – miast tego czerpiemy radość z tego, co właśnie robimy.

Podkreślam więc, że w mojej twórczości, nim doświadczyłam jeszcze macierzyństwa, również interesowało mnie dzieciństwo. Innymi słowy: w mojej sztuce wszystko się poniekąd zapętla. I tak, trochę żartując, a trochę nie – taki motyw misia jest u mnie nieodłącznym motywem, funkcjonującym od zawsze [śmiech].

Czy dobrze pamiętasz swoje własne dzieciństwo?

Nie jestem pewna, czy tak dobrze. Mam jednak niezwykle szczegółową pamięć bieżącą, a tą długoterminową już trochę gorszą. Właśnie dlatego poniekąd realizuję ten projekt. Jak wielu ludzi, pewne zdarzenia zapamiętuję ot tak, „z marszu”, a inne ulegają w mojej głowie stopniowemu zatarciu. Stąd pewne formy pamięciowe pomagają mi w przypominaniu sobie różnych spraw. Na co dzień nie myślę o pewnych rzeczach – przynajmniej dopóki ich nie zobaczę. Jako że lubię gromadzić różne przedmioty rozumiem, że również i moje córki mają taką potrzebę zbieractwa, kolekcjonowania obiektów, które większość uznałaby jednak za śmiecie. Niemniej dla mnie te przedmioty pozostają ważnymi nośnikami pamięci. I tak, gdy na nie spoglądam, to w mojej głowie uruchamiają się związane z nimi, cenne wspomnienia.

Pamiętam różne rzeczy ze swojego dzieciństwa. Nie jestem jednak w stanie powiedzieć, na ile dobrze – bo nie wiem, w jakim stopniu te same rzeczy pamiętają inni. Wiem tylko to, ile pamiętam ja sama.

Czy to, w jaki sposób utrwaliły się twoje wspomnienia z dzieciństwa wpłynęło na sposób, w jaki je koniec końców przywołujesz już jako osoba dorosła – i zdecydowałaś, że stanie się to źródłem twoich zainteresowań artystycznych?

Myślę, że tak. Nawet w kontekście moich dawnych doświadczeń pamiętam, jak bardzo lubiłam rysować. Obok tego przyznaję, że… tak naprawdę, to nawet i do dziś nie przepadam za bibliotekami. Wiąże się to z tym, że biblioteka na moim osiedlu, w rodzinnym mieście Sosnowcu, do której lubiłam chodzić, by wypożyczać książki (zaznaczam, że bardzo lubię czytać) – była w pewnym sensie kłopotliwa. Pracowały w niej panie bibliotekarki, które dobrze wiedziały, że potrafię względnie dobrze rysować – i dlatego tak bardzo chciały, żebym robiła im różne rysunki na wystawkę do biblioteczki.

Dlatego gdy przychodziłam do tej biblioteki, to się przekradałam pod ladą, aby panie bibliotekarki znów nie kazały mi rysować kolejnej gazetki – dajmy na to, że gazetki na święta okolicznościowe, czy po prostu kolejnej gazetki w związku ze zmianą pory roku. Z tą sytuacją jest związana rodzinna anegdota. Gdy ktoś z biblioteki czy szkoły poprosił mnie znowu o narysowanie czegoś, to odpowiedziałam, że nie mogę – tata mi nie pozwala, bo wtedy robi się bałagan. Ja sama nie zapamiętałam tamtego zdarzenia.  Innymi słowy – twórczość generuje burdel.

Zatem już wtedy mojej twórczości towarzyszył aspekt lęku. Poczucia, że ktoś może czegoś ode mnie potrzebować. Bardzo mnie stresowało, że ktoś czegoś ode mnie pod tym względem oczekuje. Pamiętam też kłopotliwe sytuacje, gdy się czymś twórczo bawiłam, ale potem musiałam ponieść tego konsekwencje. Dostawałam na przykład reprymendę, że znowu coś powyrzynałam na blacie.

Z perspektywy czasu mam jednak poczucie, że moim rodzice byli stosunkowo tolerancyjni. Aczkolwiek ja staram się teraz być jeszcze bardziej tolerancyjna wobec moich dzieci. Właśnie dlatego przeznaczyłam z partnerem osobny pokój na pracownię, żeby nie musiałby się one zastanawiać, czy właśnie zniszczyły podłogę czy nie – i żeby kwestia uszkodzenia czegoś nie było dla nich hamulcem.

Kolejną formą przetwarzania przez Ciebie prac córek to wycinanie kółek z ich rysunków, z których robisz obiekty przypominające łańcuchy.

Tak. Gdy były jeszcze młodsze, to dostawały bardzo dużo kolorowanek. Choć ogólnie rzecz biorąc jestem przeciwko takiemu działaniu, bo swobodny rysunek jest dużo lepszy od kolorowania, to otaczający mnie ludzie chcą dawać moim dzieciom kolorowanki, bo po prostu lubią dawać dzieciom różności.

Szukałam formy, która nawiązywałaby do tego, co robiłam wcześniej. Oprócz cegieł wykonywałam z papieru również łańcuchy. Gdy Zosia była maleńka i miała trzy miesiące, siedziałam z nią w domu zimą – i nanizywałam duże ilości bardzo starego, postrzępionego papieru na nici, z czego powstawały długie formy. Potem szukałam połączenia pomiędzy tym, co jest a tym, co było. Nie chciałam powtarzać tego samego mechanizmu. Stwierdziłam, że moje życie, które tak naprawdę nie różni się wieloma aspektami od życia innych ludzi – polega na powtarzających się czynnościach. Koło jest formą symbolizującą te wszystkie cykle życia, jego symbolika jest znana, ciągle po kole etc… Te koła nie dawały mi spokoju i nie są jeszcze rozbudowane w większe cykle. Być może to się jeszcze zdarzy. W pewnym momencie dziewczyny też zabroniły mi przerabiać ich prace na kółeczka, więc już tego nie robię.

Dlaczego zabroniły?

Denerwowało ich moje działanie. Ich zdaniem było to niszczenie. Uszanowałam to – i przeszłam do innych działań. Było fajnie, gdy Zosia specjalnie mi coś rysowała. Mówiłam na przykład, że chcę coś malutkiego. Córki już wiedziały, do czego będzie zastosowane to, co wykonają – i dawały mi to w prezencie do użycia.

Mając doświadczenie kontaktu z różnymi dziećmi wiem, że dla nich nawet i posmarkana chusteczka może stać się małym obiektem rzeźbiarskim. Bywają tak bardzo twórcze – i jest to super. A potem robią się dorosłe i już tak nie zawsze tak jest. I jest to już mniej super… Ale dobrze jest, gdy można w sobie to podejście zachować. Mam nadzieję, że moje córki tego doświadczą. Liczę też na to, że jak najwięcej dzieci nie wyrośnie na sfrustrowanych i zgorzkniałych dorosłych, tylko będą osobami cieszącymi się z własnych możliwości i swojej sprawczości – nie tylko tej twórczej, ale i tej życiowej.

Co teraz robisz, by nie dochodziło między Tobą a córkami do takich konfliktów, jak w przypadku wycinania kółek?

Czasem je pytam, w jakim kierunku iść. Oczywiście – decyzję zostawiam sobie. Ale jest też i miejsce na dyskusję, na dialog – by moje córki czuły, że nie są przeze mnie wyzyskiwane do własnych celów, lecz są współautorkami prac.

Czy „Archiwum form pamięciowych – Zachwyt” to pewnym sensie kontynuacja, rozwinięcie projektu „Żyj (sz)Matko!”?

Poniekąd tak. Tyle, że w tym przypadku korzystam z innego materiału. Wtedy bazowałam na ubraniach. Można powiedzieć, że przy obu projektach poruszam się w obrębie macierzyńsko-rodzicielskich poszukiwań, czerpiąc z własnego doświadczenia bycia mamą.

Przy obu też ważną kwestią jest dla mnie ekologia, bo nasze dzieci mają jednak żyć na tym świecie, znajdującym się w takim stanie a nie innym. Marysia potrafi się obudzić w nocy, bo jej się śni, że jest katastrofa klimatyczna – i świat ulega zagładzie. Strasznie się tym denerwuje. Gdy więc powiedziałam jej, że na 40-tkę może zrobię sobie prawo jazdy, to zareagowała: „No dobrze, ale tylko na takie wyjątkowe okazje”. Uznała, że na co dzień i tak będę dalej jeździć transportem zbiorowym, bo auto osobowe jest nieekologiczne. Z jednej strony jestem dumna, że moje córki się tak zachowują, a z drugiej smutne jest to, że będą musiały się zmagać z konsekwencjami tego wszystkiego, co nadejdzie w kolejnych dekadach w związku z katastrofą klimatyczną. Ja również czuję się za to odpowiedzialna.

Zabierasz też swoje córki na wystawy do muzeum i galerii sztuki. Opowiedz o tych doświadczeniach.

W listopadzie ubiegłego roku zabrałam córki do Galerii Jak na wystawę Marka Sutkowskiego „Fotomalarstwo ciekłokrystaliczne”. Gdy dziewczyny wyszły – to zapytałam je, jak się im podobało. Marycha powiedziała „No fajne, ale bardziej mi się podobała poprzednia wystawa. Bo teraz to było takie płaskie, a ja wolę rzeczy przestrzenne”. Takie teksty z ust małej dziewczynki są dla mnie szokujące. W dzieciństwie sama nie miałam takich doświadczeń.

Myślę, że odpowiedzialność każdego dorosłego polega na tym, że wywiera on wpływ na osobowość swojego dziecka. Pamiętajmy przy tym, że nasze dzieci mają też osobną wrażliwość i tworzą swoją świadomość częściowo niezależnie od nas, rodziców. Niemniej to wciąż od nas zależy, jakie stworzymy warunki do rozwoju dzieci. I tak mogą one być mniej lub bardziej twórcze – i doświadczać mniej lub bardziej twórczych rzeczy. To, że moje dziewczyny są takie a nie inne – jest poniekąd przedłużeniem mnie i mojego partnera. Oczywiście – można powiedzieć po prostu, że dość naturalną sprawą jest to, że dzieci są naszym biologicznym przedłużeniem. Zwracam jednak uwagę na to, że moje córki zbierają pewne, specyficzne doświadczenia. Mogłabym przecież nie zabierać ich na wernisaże i przychodzić zawsze sama na takie wydarzenia. Z doświadczenia wiem jednak, że jest to dla nich bardzo cenne i ważne doświadczenie. Nie chcę przez to niemniej powiedzieć, że tworzę swoje dzieci – bo to one tworzą się same, niezależnie ode mnie. Ale wciąż mam trochę wpływu na ten proces, wybierając dla nich pewne rzeczy, czy zabierając je na pewne wernisaże.


Wernisaż wystawy Anny Marii Brandys Drobnobyty odbędzie się 8 marca 2025 roku o godz. 17 w Galerii Baszta w Zbąszyniu. Wystawa potrwa do 4 kwietnia.

Zobacz także:

Via mortis

Wystawę „Na kościach ich...

Wystawa wdrożeniowo/studyjnie

Podobno ikona neoplastycyzmu, czyli fotel czerwono-niebieski Gerrita Rietvelda był pierwotnie czarno-biały. Jednak charakterystyczne barwy, które zostały mu nadane kilka lat później przylgnęły do...